Uncategorized

Soczysty kurczak w ziołach z nutą cytryny i KONKURS

Gdy zaczynałam swoją przygodę z gotowaniem tak zwane “gotowce” i “fixy” królowały w mojej kuchni. Zaczęłam kucharzyć dosyć późno i nie znałam zbyt wielu przypraw a także nie miałam wyobraźni jak w ciekawy sposób można by je zmieszać aby danie wyszło aromatyczne i smaczne. Wszelakie gotowe mieszanki bardzo pomogły mi w poznaniu innych smaków a nie tylko dań przyprawionych solą i pieprzem. Początkowo w ogóle nie zwracałam uwagi na skład tych produktów a bardzo często okazywało się, że były one dosyć mocno nafaszerowane chemią. Z czasem zaczęłam zwracać uwagę na to co zawiera skład.

Chociaż teraz w mojej kuchni znajduje się mnóstwo świeżych ziół i przypraw a ja uwielbiam z nimi eksperymentować to nie uważam aby było czymś złym korzystanie z takich produktów jak ten który chcę Wam przedstawić . A to dlatego, że zawiera tylko naturalne składniki, suszone zioła i przyprawy. Do tego zostały skomponowane w taki sposób by gwarantowały pyszny smak :)

Jest to nowy produkt marki WINIARY  Pomysł na… Soczystego kurczaka w ziołach z nutą cytryny.
Opakowanie zawiera mieszankę przypraw i ziół oraz woreczek do zapiekania w piekarniku. Wystarcza na przygotowanie obiadu dla 4 osób. Należy mięso włożyć do woreczka, wsypać przyprawy i wymieszać, zamknięty woreczek przełożyć  do piekarnika i poczekać aż obiad zrobi się sam :)

Ja korzystam z “Pomysłu na…” w dni w których nie mam czasu na zbyt długie stanie przy garach. Wtedy do woreczka wrzucam mięso z kurczaka i wiem, że za godzinę wyciągnę z piekarnika aromatyczne i soczyste danie. W woreczku można przygotować smaczne pałki z kurczaka ale można także wykorzystać inne mięso. Pamiętacie pieczone udka które niedawno przyrządzałam? Przyznajcie, że wyglądają smakowicie :) A warzywa które również wylądowały w woreczku były naprawdę przepyszne!

DSC 0445 - Soczysty kurczak w ziołach z nutą cytryny i KONKURS

“Pomysł na…Soczystego kurczaka w ziołach z nutą cytryny” poleciłabym głównie osobom które dopiero uczą się gotować i nie wiedzą jak we właściwy sposób smacznie przyprawiać dania. Ale także osobom zabieganym które często nie mają czasu zastanawiać się co smacznego ugotować.

Pamiętajcie aby czytać skład na opakowaniach produktów a zobaczycie, że nie wszystkie  są nafaszerowane sztucznymi dodatkami. Nie taki diabeł straszny jak go malują ;)

winiary pomysl na soczystego kurczaka w ziolach z nuta cytryny - Soczysty kurczak w ziołach z nutą cytryny i KONKURS

A teraz niespodzianka :)

Mam dla Was mały konkurs.

Zadanie jest bardzo proste. Wystarczy, że w komentarzu napiszecie odpowiedź na pytanie “Jak zaczęła się Twoja przygoda z gotowaniem?”.
Wybiorę 3 odpowiedzi które najbardziej mi się spodobają a zwycięzcy otrzymają od WINIARY paczki niespodzianki :) Na Wasze odpowiedzi czekam od dziś do końca niedzieli 06.10.2013. Wyniki ogłoszę do środy 09.10.2013.

Regulamin konkursu:
Konkurs trwa od 30.09.2013 – do 06.10.2013

Jedna osoba może przysłać jedno zgłoszenie.

Proszę o zostawianie adresu e-mail przy odpowiedzi.

W przypadku braku odpowiedzi na prośbę o podanie danych adresowych do wysyłki nagrody, nagroda przepada.
Autorzy 3 odpowiedzi, które wybiorę zostaną nagrodzeni przez WINIARY paczkami niespodziankami.

Nagrody wysyłane są tylko na terenie Polski.

Udanej zabawy!

Poprzedni Wpis Następny Wpis

Podobne wpisy

11 komentarzy

  • Skomentuj shmincka 30/09/2013 at 05:50

    Wieki temu, w odległej galaktyce, kiedy byłam jeszcze w liceum i żyłam sobie jako totalny ignorant kulinarny, zadowalający się bułką z serkiem topionym na obiad i kolację (bo na śniadanie nie było czasu) i dogłębnie wzruszonym powrotem na weekend do domu i domowej kuchni; strasznie, śmiertelnie i na całe życie pokłóciłam się z moim ówczesnym chłopakiem. Uknułam więc misterną intrygę i postanowiłam zemścić się “na_swój_sposób”. Uznałam, że zacznę gotować tak nieziemskie pyszności, przez które gagatek zacznie rozpływać się jak na reklamie czekolady. No i oczywiście jak już będzie bliski wrzenia w tych kulinarnych uniesieniach, odetnę brutalnie i z chorą satysfakcją źródło podniebnych (tudzież podniebiennych) rozkoszy.
    Tak też zrobiłam. Ale jak to bywa z pokłóconymi zakochanymi – szybko się godzą. My też się pogodziliśmy, ale pasja do gotowania została. Zabrałam ją na studia. I dalej ciągnę.
    A teraz wstałam o 5 rano, żeby temu ówczesnemu chłopakowi, a aktualnemu narzeczonemu przygotować najlepsze w świecie śniadanko dniowochłopcowe :)

  • Skomentuj lofina 30/09/2013 at 08:22

    Moja przygoda z gotowaniem zaczęła się niewinnie. Oboje rodziców pracowało i to na 3 zmiany to czasami nie było jak ugotować aby było świeże. Gdy mama uznała że przyszedł czas na zaznajomienie się z kuchnią i sztuką kulinarną zaczęła przekazywać swoją wiedzę. Z racji że jestem najstarsza przypadło mi to zaszczytne zajęcie. Mama na kartce punkt po punkcie wypisywała co, kiedy i dlaczego trzeba zrobić. W ten sposób nauczyłam się gotować i bardzo to lubię.

  • Skomentuj ws 30/09/2013 at 08:34

    Swoją przygodę z gotowaniem , zaczęłam kiedy na świat przyszła moja córka, staram się żeby jadła nie tylko smacznie ale także zdrowo i kolorowo.Bo kuchnia to zabawa a nie obowiązek, wspaniały czas na połączenie zabawy z dzieckiem , co prawda po naszym wspólnym gotowaniu w kuchni jest ”tajfun” i lepiej nie wchodzić, ale to jest najlepiej spędzony czas w kuchni podczas gotowania

  • Skomentuj piecu 30/09/2013 at 11:02

    Ja swoją przygodę zaczęłam w bardzo nieprzyjemnych okolicznościach. Nigdy nie rozumiałam ludzi stojących w kuchni i gotujących dla rodziny więc zawsze zarzekałam się, że nie ma takiej osoby na świecie dla której mogłabym coś ugotować. Niestety w listopadzie zeszłego roku moja mama zachorowała i nie mogla już gotować pysznych mamusinych obiadków a ja i ojciec, no cóż, nigdy nie potrafiliśmy za dobrze gotować. Postanowiłam stanąć na wysokości zadania i zacząć gotować dla mamy jakieś zdrowe potrawy, a że moja mama była fanką wszelakich zup zdecydowałam się na zupę krem brokułowy. Niby nic trudnego. Ugotować, zmiksować, dodać jogurtu greckiego czy śmietany i gotowe. Nie dość, że nie wiedziałam jak zupę przyprawić to jak sie okazało po zmiksowaniu zupa miała postać stałą zamiast ciekłej. Była tak gęsta, że łyżka stała w niej na baczność! No ale za każdym razem było już trochę lepiej i dzisiaj już wiem, że kuchnia nie gryzie. Mimo wszystko jednak bardziej niż gotować wolę piec.

  • Skomentuj AgataB 30/09/2013 at 17:33

    moja przygoda kuchenna była “etapowa” :) zaczynałam pichcić cokolwiek już jako dziewczynka i to wtedy bardzo wiele nauczyłam się na własnych błędach np. moje pierwsze ciasteczka dostały taką ilość proszku do pieczenia, że nie nadawały się do konsumpcji przez nikogo a to dlatego, że w przepisie było napisane “proszek do pieczenia” bez podanej ilości… Poważniejsze “kucharzenie” rozpoczęłam, gdy wkroczyłam do własnej kuchni po ślubie i chciałam “dogadzać” żołądeczkowi męża (choć nie ukrywam, że własnemu też:)). Najpierw korzystałam z przepisów innych, choć zawsze dodawałam coś od siebie a później zaczęłam tworzyć własne potrawy z tego co miałam w domu i co mi podpowiadała wyobraźnia – a tą mam bujną ;) Niestety też nie zawsze wszystko nadawało się do zjedzenia, a raz wyszedł mi taki obiad, że w efekcie końcowym ucieszył się z niego piesek a my jedliśmy kanapki na szybko :P

  • Skomentuj justyna 30/09/2013 at 22:21

    Hm… ciężko znaleźć początki. na pewno moja kulinarna pasja wyszła na jaw kiedy poszłam na studia i musiałam na stałe wyprowadzić się z domu. bynajmniej nie gotowałam ani dla ukochanego (o tym później ;) ani z prawdziwej pasji.. z początku bardzo mi się nudziło! nie znałam miasta, ne miałam tam znajomych…. a że jestem introwertyczną, nieufną indywidualistką, musiałam zabijac nudę w domu ;) tv tez nie miałam wszystkie książki z półki były przeczytane więc zaczęłam się bawić w kuchni. później zaczęłam gotować bardziej wyszukane rzeczy kiedy miał przyjechać do mnie ukochany :) i tak sie rozkręciłam, że nawet moje codzienne śniadania muszą kusić zapachem i wyglądem, a swoim smakiem wprawiać w dobry nastrój. Jak widać każdy może nauczyć się gotować, nie trzeba do tego ani nieprzewidywalnych zbiegów okoliczności, żadnych traumatycznych przeżyć czy innych powodów. Wystarczy wejść do kuchni i na chwilkę dać się ponieść wyobraźni: powąchać składniki, pomyśleć nad ich kolorami, dotknąć… i być odważnym! bo kuchnia nie gryzie :) wystarczy spróbować, a nawet, jak nam nie wyjdzie, to nie ma żadnej tragedii tylko kupa śmiechu! no i ewentualnie zawsze można zamówić pizzę ;) ale zaręczam, jeśli przestaniemy się bać, uruchomimy wyobraźnię i włączymy ulubioną muzykę, w jej rytmie powstaną z czasem pyszności :) więc bawmy się ;)

  • Skomentuj Ana 01/10/2013 at 19:38

    A ja.. uwielbiałam gotować od zawsze.. moje pierwsze kroki były w piaskownicy i niby domkach, sekretem takiej kuchni był piasek i aromatyczne chwasty. Jak miałam już 14 lat moja rodzina gdzieś pojechała i miała wrócić po południu. Chciałam im zrobić niespodziankę i ugotować barszcz. Niestety nie do końca pamiętałam co się do niego po kolei dodaje. Ale od czego są sąsiedzi? Biegałam co 10 minut do sąsiadki pytać co dodawać, ohh nogi bolały, ale wszystko się udało, nawet podbiłam barszcz mąką i nie wyszły kluski, co później mi się kilka razy zdarzyło.Przy obiedzie byłam tak bardzo podekscytowana, a moja mama taka dumna :) a teraz odkrywam kuchnię każdego dnia na nowo kiedy szukam inspiracji na blogach. Moim marzeniem jest mieć własną knajpkę.. może się spełni..?

  • Skomentuj agnieszkazg 01/10/2013 at 20:02

    Moja przygoda z gotowaniem zaczęła się dość szybko, kiedy miałam 11 lat. Zawsze interesowało mnie co tam w kuchni tworzą rodzice czy babcia. Podczas przygotowań do świąt czy przyjęć urodzinowych zawsze pomagałam w kuchni. Początkowo mieszałam surówki, sałatki, miksowałam kremy do ciast czy też obierałam lub kroiłam warzywa i owoce. Zawsze dokładnie, ze ogromną starannością. Krok po kroku analizowałam to, co robią rodzice w kuchni. Co do czego dodają. Jak się smaży, jak gotuje, a jak piecze. Którą patelnię użyć do jajecznicy, a którą do smażenia kotletów. Wszystko pomału zamieniało się w moją małą pasję. Minęło już 13 lat odkąd zainteresowałam się gotowaniem i mogę skromnie stwierdzić, że nauczyłam się wiele. :)

  • Skomentuj Monika 06/10/2013 at 15:03

    U mnie przygoda z gotowaniem zaczęła się już kiedy byłam dzieckiem. Najmłodszym w rodzinie, które nie umiało grać “w nogę”, kiepsko jeździło na rowerze i w ogóle sprawiało wiele kłopotów starszym, którzy chcieli się bawić, a musieli wszędzie zabierać mnie ze sobą. I tak wtedy odkryłam, że zamiast siedzieć pod lipą, gdy kuzyni z siostrami grali na polanie w piłkę, mogę ten czas spędzać z babcią w kuchni i… trochę sobie przy tym podjadać. Nie ukrywam, że opcja podjadania byłam tym, co zaważyło o mojej decyzji. Babcia z entuzjazmem przyjęła pomocnicę, która o wszystko pytała, podkradała jabłka pokrojone do szarlotki i niecierpliwie dopytywała się, która z wiszących trójkątnych ściereczek skrywa już dobry ser. I tak z dnia na dzień cała ta magia gotowania podobała mi się bardziej, niż samo jedzenie. Oczywiście później trochę podrosłam i zmieniły mi się zainteresowania. Kuchnia i gotowania poszły w odstawkę. Gdy zaczęłam pracować posiłkowałam się głównie “gotowcami”, nie tyle z braku czasu, co chęci. I dopiero tuż przed samym ślubem ogarnęła mnie panika. Moja teściowa gotuje tak smacznie… a ja? Ja podgrzewam kupioną kilka dni wcześniej fasolkę. I wtedy przypomniało mi się, że moja Babcia miała swoją szczęśliwą porcelanową (ślicznie zdobioną swoją drogą!) kurę, która przynosiła jej szczęście w… gotowaniu! Trzymała ją w kuchni i jak sama mówiła, dzięki niej potrafiła wyczarowywać te wszystkie fantastyczne smakołyki. W mojej głowie była tylko jedna myśl – bez tej kury się nie uda! Ileż było dziecinnych podchodów z mojej strony, by “delikatnie” Babci zasugerować, że bez jej kury to moje małżeństwo się nie uda. Razem z kurą dostałam kilka pożółkłych kartek papieru z przepisami. I tak, od tej kury zaczęła się moja przygoda z gotowaniem. Dziś ciągle się uczę, przypalam serniki, robię kiepski barszcz czerwony, ale wiem, że w tej małej figurce jest prawdziwa magia. Bo dziś kuchnia staje się moim azylem po ciężkim dniu.

    Pozdrawiam :)

  • Skomentuj brodziu 06/10/2013 at 22:58

    Miałem 9 lat. Typowy mamisynek. Gdybym w domu wziął do ręki ostry nóż lub włączył kuchenkę gazową, to bym został sierotą po zawale rodzicielki.
    Ona miała też 9 lat. Nietypowa dziewczyna. Wracała do domu po szkole, odbierała młodszego brata z przedszkola i robiła mu samodzielnie obiady. Przeciwieństwa się przyciągają. Imponowała mi samodzielnością i dorosłością. Pierwsza miłość. Nie miałem zatem wyboru. Wieczorami szkoliłem sie potajemnie z podstaw kulinarnego rzemiosła, by przesiadując u niej całe popołudnia nie najeść się wstydu. Wystarczyło, że przy pierwszej wizycie przesoliłem ziemniaki. Wiem, wiem co mówią. Że to świadczy o zakochaniu. I byłem. Po uszy. Ale ziemniaki przesoliłem, bo nie miałem pojęcia ile się soli do garnka wsypuje.
    Po paru tygodniach przesiadywania u obiektu mych westchnień byłem w stanie obrać ziemniaki, zrobić samemu naleśniki czy nawet usmażyć kotlety schabowe.
    Nasz drogi się później rozeszły. Uczucie jednak zostało na zawsze. Miłość do gotowania.

  • Komentuj